Travellerspoint Blogi z podróży

This blog is published chronologically. Go straight to the most recent post.

I znowu przyszła zima

przylot do Buenos Aires

Podróż bez specjalnych przygód, no może silnie trzęsło (prawie cały czas w zapiętych pasach). Buenos Aires powitało przyjemną, poranną temperaturą (23 st o 9:00)
Tym razem wszystko jest proste, jadę jak do siebie, ten sam hotel, znane okolice, mapa miasta w głowie (mam nawet kartę na komunikację miejską).

Tak samo zatytułowana była pierwsza relacja dokładnie rok temu, kliknij i przeczytaj, bo nie będę powtarzał tego samego (o Argentynie i Buenos Aires). I znowu przyszła zima.

W tym roku wybór punktu startu trochę się skomplikował. W Ekwadorze zawrzało (po podniesieniu cen transportu) chyba trochę zelżało, po cofnięciu podwyżki, W Chile (przedstawiane jako oaza spokoju i sukcesu) zawrzało (19.10 po podniesieniu cen transportu) i nie uspokoiło się nawet po cofnięciu podwyżki. W Boliwii zawrzało po podejrzanych wyborach, co doprowadziło do dymisji prezydenta Evo Morales, znowu zawrzało (ba facet z meksyku nawołuje do demonstracji), niestety zginęło kilka osób, co dalej zobaczymy. Na szczęście w Argentynie wybory odbyły się spokojnie (w październiku), przegrał dotychczasowy prezydent (Macri), wygrali socjaliści, od wyborów peso tąpnęło (w stosunku do dolara) o jakieś 35%, a jak sprawdziłem od mojego pobytu w zeszłym roku o około 90%, ale za to spokój (jak na razie). Tak więc można zacząć znowu w Buenos Aires, chciałoby się przebić do Colombii (zachęcam do lektury z poprzedniej podróży), bo było dobrze, ale jak śledzę na bieżąco, to tam ogłoszono strajk powszechny, ludzie w dużych miastach wyszli na ulicę i aby uspokoić sytuację, zostało wprowadzone wojsko, gaz łzawiący.
Swoją drogą, jak niewiele wiemy, co dzieje się gdzie indziej.

Wysłane przez a.gogolewski 10:33 Kategoria Argentyna Komentarze (0)

Buenos Aires

Cmentarz Recoleta


Zobacz trasa2019 a.gogolewski's na mapie.

Z jaką przyjemnością przeszedłem się po mieście (no, małym jego kawałku), zwłaszcza, że temperatura sprzyjała chodzeniu. Najpierw pokręciłem się po najbliższej okolicy, a ponieważ mieszkam w samym centrum, to znowu popatrzyłem sobie na wiele pięknych miejsc (nie na darmo Buenos Aires zwane było Paryżem Ameryki Południowej). Oczywiście zdaję sobie sprawę, że oglądam tą piękną twarz miasta, a wiem że ma ono i twarz przeciętną, a także i brzydką.
Znowu zahaczyłem o cmentarz La Recoleta. Nie pisałem o nim nic w zeszłym roku, bo nie potrafiłem nazwać swoich odczuć. Jest to jedno z tych miejsc, które znajduje się na liście każdej wycieczki do Buenos Aires i jest wymieniany jako jeden z najpiękniejszych cmentarzy na świecie. Pochowani są tu wielcy, zasłużeni i bogaci, łącznie z Evą Peron (argentyńskim wcieleniem Kopciuszka; od małej, biednej wioski do "duchowego" przywódcy Argentyny).

large_Recoleta.jpg
Recoleta1.jpgRecoleta2.jpglarge_Recoleta4.jpglarge_Recoleta3.jpglarge_Recoleta6.jpg
large_Recoleta5.jpg

Skoro jest tak ładnie, to dlaczego mam mieszane uczucia. Gdyby to było tylko muzeum i atrakcja turystyczna, to powiedziałbym, że ładnie, no trochę naćkane małymi arcydziełami architektonicznymi.
Jako cmentarz jakże wydaje się bezduszny (dobre słowo!!) -> wyzwala we mnie zupełnie inne uczucia niż inne cmentarze. Zamiast skłaniać do pokory i zadumy pokazuje próżność, pychę i chęć przebicia "konkurenci", nasz grobowiec/pałacyk/rzeźba będzie najpiękniejszy/najdroższy.
Jakże to inne od naszych cmentarzy (memento mori), do meksykańskich (bawimy się razem ze zmarłymi), czy chociażby z sąsiedniej Boliwii, bogaci chcą się pokazać, ale cmentarz "żyje" .

Ale może się mylę. Może tu czasami jest coś więcej niż miejsce wycieczek?

Wysłane przez a.gogolewski 16:37 Kategoria Argentyna Komentarze (0)

Buenos Aires - natura

Tigre

Jeśli ktoś lubi naturę i wodę to ma w Buenos Aires i okolicy sporo atrakcji.

Można wsiąść w pociąg miejski (samochód nie będzie przydatny) i po niecałej godzinie dojechać do miejscowości Tigre (część wielkiego Buenos Aires). I tu kończy się świat dróg. Dalej na północ i północny-zachód to Delta rzeki Parana (która po połączeniu się z rzeką Urugway, tworzy Rio Plata), czyli rzeki, rzeczki, nitki wodne, kanały i nieskończona ilość wysp i wysypek (a raczej odwrotnie, mnóstwo lądu poprzecinanego wodą). Delta zajmuje obszar 14 tys. km2. a delta Rio Plata 30 tys km2 aby uświadomić sobie ile to jest - to tyle co Belgia (zajmuje powierzchnię 30 tys. km2).
W pobliżu Tigre znajduje się część najgęściej zaludniona. W przeważającej większości są tu domki letniskowe/ week-endowe bogatszych porteños (mieszkaniec Buenos Aires).
large_466dd150-1623-11ea-a71b-5f2b9a5e1447.jpglarge_45c55c50-1623-11ea-99b9-bd72b068504c.jpgdzialki.jpgdzialki1.jpg
Oczywiście dla turystów pływają po różnych trasach statki wycieczkowe. Dla miejscowych i turystów, którzy chcą gdzieś wysiąść jest transport publiczny. Statki, które pływają po określonych trasach i zatrzymują się przy każdym pomoście przy którym ktoś chce wysiąść lub wsiąść.
large_8ea86b10-1623-11ea-a71b-5f2b9a5e1447.jpg

Trochę dalej zaczyna się obszar gdzie ciężej dotrzeć, a jeszcze dalej obszar rezerwatu, gdzie nie dochodzi transport publiczny, ale gdzie także żyją ludzie i to na stałe (problem rozwiązują własne łódki). A jak są ludzie to są i szkoły (na wodzie), stacje benzynowe (na wodzie), itd (wszystko co potrzeba do życia), choć trudno sobie wyobrazić jak dowożą żywność, a dzieci zasuwają kajakami do szkoły.
Jak popatrzyłem na mapę delty, to woda jest w większości bardzo płytka. Właściwie to na druga stronę do Urugwaju można by przejść piechotą i jak mówili miejscowi, nie ma tu anakond ani kajmanów.

Drugim miejscem jest Reserva Ecologica w samym mieście. Tu znaczy na jego wybrzeżu (nad Rio de Plata). najpierw jest wyspa z wysokimi, nowymi wieżowcami (Peurto Madero),40dd41d0-1623-11ea-99b9-bd72b068504c.jpg45611c40-1623-11ea-99b9-bd72b068504c.jpga dalej jest kolejna wyspa, bez zabudowań - rezerwat przyrody (350ha). Niestety, dzisiaj z powodu deszczu była zamknięta (no to przy powrocie).

Już przyzwyczaiłem się do zmiany czasu, tak więc w drogę...

Wysłane przez a.gogolewski 15:28 Kategoria Argentyna Komentarze (0)

Rosario

Cuna de la bandera

Malutki kroczek (300 km to tutaj tyle co nic) na północ, do Rosario, trzeciego co do wielkości miasta w Argentynie (drugie - to Cordoba).
large_platany.jpg jakby człowiek nie wiedział gdzie jest i zobaczył czyste uliczki, białe domki i ciągi platanów poprzeplatane z palmami, to pomyślałby że to może południe Francji, Prowansja (choć nie ma pól lawendy) large_ulice.jpglarge_17ce30c0-1884-11ea-a020-c162adfab1d0.jpg
Rosario leży nad Paraną więc robi się cudowne wieczorem, kiedy spadnie trochę temperatura, leciutko powiewa z nad wody i kręci się sporo ludzi (choć także samo miasto ozywa wieczorem).
parana.jpg
Tuż obok, na lekkim zboczu znajduje się pomnik flagi narodowej. W tym miejscu po raz pierwszy zawieszono flagę Argentyny, a później ustanowiono pieśń flagi (Aurora), choć hymn jest inny.
03b20710-1884-11ea-9a65-2d847b8224ff.jpg
ogien.jpg malviny.jpg
Ogień, który przed nim się płonie poświęcony jest poległym w bitwie o Maldiwy (pamiętając, że tu wypowiedzenie nazwy Falklandy byłoby obrazą).
A swoją drogą ciekawe jak by to było, gdyby poczekali z Maldiwa do dzisiaj. Przy takim bałaganie, jaki panuje teraz we władzach Anglii to może by im się udało.
Z tutejszych atrakcji jest jeszcze muzeum-dom gdzie narodził się Che Guevara, ale nic mnie tam nie ciągnie.

A teraz coś z cyklu: podróże kształcą.
Pierwsze: Idąc do pomnika flagi przechodzi się przez Plaza 25 de Mayo (25 maja). I tam zastałem grupę osób chodzących wokół pomnika, kilka banerów i narysowane na płytach chodnika coś na kształt zawiązanej chusty. Jako ciemny człowiek musiałem zapytać się maszerującej osoby czego dotyczy ta manifestacja.
18888010-1884-11ea-a020-c162adfab1d0.jpg
I wytłumaczono mi, że w każdy czwartek, o 15:30 niezależnie od pogody w całej Argentynie odbywają się marsze domagające się wyjaśnienie i rozliczenia zbrodni dokonanych w czasie trwania dyktatury wojskowej. W kwietniu 1977 jeszcze za czasów dyktatury zebrały się na placu de la Mayo w Buenos Aires matki zaginionych (teraz organizacja, która kontynuuje żądania nazywa się Madres de Plazo de Mayo - Matki z placu majowego). Oczywiście za czasów dyktatury same były prześladowane, porywane lub ginął po nich ślad. I pomimo tego, że w 1983r. upadła dyktatura i nastały rządy demokratyczne do dzisiaj nie wyjaśniono (zwłaszcza, że wcześniej uchwalono prawo zdejmujące odpowiedzialność ze wszystkich wojskowych niższego stopnia)

Drugie: Wracałem wieczorem do hotelu i widzę przed budynkiem (bez szyldu) jakiś tłumek ludzi, - ciekawe co tam się dzieje. Ludzie elegancko ubrani, to pewnie teatr lub innego typu przedstawienie.
14276fe0-1884-11ea-a020-c162adfab1d0.jpg
Pytam kogoś co to za budynek - odpowiedź teatr i co w tym wszystkim takiego dziwnego. Ano to, że przed teatrem rozłożone są stragany z kwiatami i sporo wchodzących ludzi je kupuje. No to sie dalej pytam po co ci ludzie kupują kwiaty i dostaję oczywistą odpowiedź, że....... zostawię odpowiedź na następną relację kwiaty.jpg

Trzecie: Jak wyczytałem wcześniej, jednym z typowych tutaj deserów jest ser (dość wyrazisty w smaku) połączony z dulce de leche - słodką polewą. Ciekawy smak
deser.jpg

Wysłane przez a.gogolewski 17:24 Kategoria Argentyna Komentarze (0)

Ucieczka od upału

Zrobiłem kolejny mały kroczek na północ do Santa Fe, 4d706460-2008-11ea-82ff-a5d2fb8900fe.jpgbo pomyślałem sobie, że dojadę takimi małymi kroczkami do Boliwii. zwłaszcza że, jak do tej pory, było idealnie, przyjemnie ciepło, Ale tutaj zaczyna dopadać mnie nadchodząca fala upału, dziś 31 i w prognozie codziennie o 2 st. więcej, aż do 41. Co znaczy, że trzeba wziąć nogi za pas, znacznie przyśpieszyć i uciekać w góry.
Pierwszy nocny skok do Santiago de Estero, dzienny postój na odpoczynek (ale 3/4 dnia trzeba przesiedzieć w klimatyzowanym pokoju). Temperatura dziś 32 + słońce (jutro 37, pojutrze 41), da się wyjść tylko rano i późnym wieczorem. Byłem w tym mieście w zeszłym roku, tak więc nie mam dużej ochoty na łażenie.
Z samego rana (niewątpliwie lepiej spędzić upał w klimatyzowanym autobusie) drugi skok do San Salvador de Jujuy, Jak kupowałem bilet na autobus, to już nie było miejsc normalnych, więc zaproponowano mi w tej samej cenie miejsce miejsce "executive" (rozkładane jak łózko fotele, steward roznoszący napoje i posiłki), no trudno trzeba było się zgodzić.
San Salvador jest stolicą stanu Yuyuj i leży na wysokości 1260 mnpm o podnóża altiplano (płaskowyż) (stąd już tylko w górę -> w ciągu dnia jestem w stanie dotrzeć do Potosi miejscowości na wysokości 4000 mnpm). Nazwa stanu pochodzi od nazwy plemienia yuyui, która zamieszkiwała tutaj, podbita przez Inców, a potem Hiszpanów.
Do samego przyjazdu nie wiedziałem, czy skoczyć od razu pod granicę z Boliwią czy przeczekać dzień, zaglądając do mojej ulubionej (z zeszłego wyjazdu) wioski/miasteczka El Carmen. Jako że nie bardzo było co zjeść, a najbliższy autobus dalej był za trzy godziny zwyciężyła druga opcja.
No i chyba wpadłem. Opisywałem El Carmen w zeszłym roku, więc nie będę się powtarzał, ale zadziałała ta sama magia co w zeszłym roku, choć trudno mi zrozumieć dlaczego. Może dlatego, że tu mieszkają w większości indigenas, czyli rdzenni Indianie (a ja jestem jedynym obcym w miasteczku). Może dlatego, że jak idę ulicą to niektórzy mieszkańcy się ze mną witają z uśmiechem na twarzy (och jakie to piękne). Może dlatego że tu się świetnie śpi (cichutko, dobre powietrze - żadnych oznak alergii, czyściutki i przytulny pokoik w hostelu, w którym jestem jedynym gościem) - właściciele przywitali mnie słowami, "czy my sie nie znamy?"). Może dlatego, że tu jak dzień świstaka, czas stoi w miejscu, wszystko takie same jak rok temu, zero pośpiechu, tak samo (i pewnie ci sami) "chłopcy" wysiadają na ławkach na rynku. No może w znanym comedor'ze (jadłodajnia), przy stoliku dla rodziny zmiana: zamiast jednej małej dziewczynki, siedzą teraz ta dziewczynka i malutki chłopczyk.
Sam jestem ciekaw kiedy stąd wyjadę.

Wysłane przez a.gogolewski 09:48 Kategoria Argentyna Komentarze (0)

przyjazd do Boliwii

Tupiza

Niesamowite, minęły nie wiadomo kiedy już dwa tygodnie, a ja utknąłem w tym miasteczku (El Carmen) i nie pamiętam jak wychodziło się "z dnia świstaka" (chyba trzeba się obudzić u boku kobiety).

Sytuacja w Boliwii powoli się uspokoiła. Evo Morales (poprzedni prezydent, który abdykował i uciekł do Meksyku) wczoraj przyleciał do Argentyny (gdzie 10.XII nastąpiła zmiana władzy) prosić tutaj o azyl. Na szczęście spadły deszcze i znacznie się ochłodziło (w dzień tylko do 24-26st), zrobiło się znowu bardzo przyjemnie, tak więc jak tylko będzie jakiś dzień przejaśnienia to jeszcze jeden skok i znajdę się w Boliwii (jakieś 300 km, co na tutejsze odległości, tyle co nic)/.

Dziś jest niedziela, ranek przywitał słoneczkiem, no to w drogę. Zwłaszcza że niedziela to dzień kiedy i tak wszystko jest zamknięte.
Od razu po wyjechaniu z Yuyuj zaczyna się prawie niezauważalny podjazd, aż nagle widać tabliczkę - wysokość 3800 mnpm, choć wydaje się, że cały czas jedziemy po płaskim w otoczeniu gór. A góry są z początku bardzo kolorowe i w paseczki.
large_faldki.jpg
Im dalej w stronę granicy tym bardziej robi się pusto. Całe połacie ziemi (żadnych upraw), co jakiś czas stadka owiec, kóz, osiołków lub lam.
pustka1.jpg i z rzadka jakaś osada
pustka.jpg.
A jeszcze gdzieś w tej pustce może przytrafić się posterunek i kontrola celno-policyjna. Autobus stop, i trzeba wynieść wszystkie bagaże do kontrolikontrola.jpg Na szczęście to nie my, to ci z jadący z Boliwii.

Przejście graniczne błyskawiczne i kawałek dojścia do busików (takich na 6-7 osób) w "głąb lądu". Busiki są o tyle dobre, że odjeżdżają jak tylko znajdzie się komplet, praktycznie jeżdżą non stop (minus że ciasno, mało miejsca). No i sami miejscowi. A jeszcze fajniejsze, jak całą drogę rozmawiają dwie starsze kobiety i co zdanie to salwa śmiechu (na pewno nie jest to "oj, pani, jak ciężko, jak żyć,...")

Ale samo krótkie dojście do busików (a raczej wysokość) odczułem. Jakoś dziwnie miękkie zrobiły mi się nogi i zaczęła boleć mnie głowa. Na szczęście tuż za przejściem granicznym stoi cały ciąg sklepików i straganów a tam wory z liśćmi koki. Trzy przeżute garście i po chwili wszystko wraca do normy.
W Tupizie (to pierwsza troszkę większa miejscowość w Boliwii) po raz pierwszy można spać nie tylko bez klimatyzacji, ale pod kołderką.

PS. Tutaj znowu przypomniałem sobie o zwyczaju:
- jedzenia zupy po drugim,
- spotykaniu się na ryneczku i ćwiczenie różnych układów tanecznych. Czasami są to grupki podrośniętej młodzieży, czasami takich w wieki szkolnym lub maluszków (sporo jak Irys, niektóre jak Maja)
large_dzieciaczki.jpg

Wysłane przez a.gogolewski 06:21 Kategoria Boliwia Komentarze (0)

Sucre

konstytucyjna stolica Boliwii

W czwartek przeszedłem kawałek starej (częściowo odrestaurowanej) drogi Inków (camino prehispanico de Chataquila). large_camino.jpg. Niby proste, ale ja oczywiście nie korzystam z żadnych biur turystycznych, więc to przejście to cała wyprawa. najpierw trzeba dojechać do miejsca skąd odchodzą busiki do Potolo. Potem poczekać, aż busik się zapełni, potem dojechać (to wydaje się banalne, ale trzeba zobaczyc po czym on jedzie), potem wysiąść w dobrym miejscu (przy kościele)large_chataquilq.jpg, ale tu już wszyscy jadący miejscowi (okolice te zamieszkują Jalq'a, mówiący głównie w Quechua) pokazali mi gdzie wysiąść i gdzie zaczyna się szlak. Sama trasa malownicza i pusta (dziennie 1 czasami 2 ludzi). Niestety akurat wtedy zniknęły chmury, a ja się posmarowałem filtrem. A tu jest było nie było ponad 3000mnpm (dziś trochę czuje jak mnie szczypie skóra). . A po przejściu fragmentu szlaku oczekiwanie na pustej drodze na wracający do Sucre busik (pewnie kiedyś przyjedzie (z miejsca gdzie czekam widzę kilometry serpentyn skąd będzie jechał). Na szczęście jechał jakiś facet z synem i zatrzymał się, aby mnie zabrać do miasta (co wymaga prowadzenia konwersacji). A wieczorem do moich zajęć.

No, ale po kolei, wracamy do miejsca, gdzie skończyłem ostatnią relację. Krótki odpoczynek w Tupizie i skok do "mojego miejsca" Sucre (najpierw Potosi). Jak ostatni fragment drogi nazwałem pustą, to tutaj trzeba użyć określenia - wielka pustka.3aa33bc0-2330-11ea-a257-e7590aa11564.jpg
O ile do Potosi dotarłem busikiem, to z Potosi do Sucre jechałem samochodem osobowym (też transport publiczny, ale jeszcze mniejszy - zabiera 4 osoby). Tu moje sąsiadki3ad34c70-2330-11ea-a257-e7590aa11564.jpg Chyba już tego eksperymentu nie powtórzę, bo facet nie dość że grzał szybko (nie wiem ile, bo na wszelki wypadek nie działał szybkościomierz), to jeszcze zakręty i podwójna ciągła w niczym mu nie przeszkadzały, aby wyprzedzać.

Piszę o Sucre "moje miejsce", bo tu dotarłem w poprzedniej wyprawie i spędziłem prawie trzy tygodnie , tak tu dobrze (poprzedni opis) a także tu. Właścicielka hostelu wyszła do mnie z wyciągniętymi ramionami i słowami, że oczywiście mnie pamięta. Niewątpliwie spędzę tu Święta (zwłaszcza, że zobowiązałem się do stałych zajęć - ale o tym tylko dla najbliższych).

Wysłane przez a.gogolewski 06:27 Kategoria Boliwia Komentarze (0)

Święta w Boliwii

Wesołych Świąt dla wszystkich.
large_d63c4dc0-25eb-11ea-9699-f3c15b484bc3.jpg
Tutaj nie widać żadnego szaleństwa ani jeśli chodzi o dekoracje, ani o zakupy. Udekorowane zostały tylko drzewa na głównym placu (bo tu koncentruje się wieczorne życie). Brak zewnętrznych oznak świąt zmusza do namysłu, czy to co my robimy (oświetlenia, dekoracje, wciskające się zewsząd kolędy) to przyjemność, czy gra pozorów, wszystko na pokaz (kojarzy się z "wszystko na sprzedaż"). Bo być może jednym z powodów, dla których czuję się tu dobrze, to tu nikt nie udaje. Ludzie są na tyle biedni, że nie mają czego i przed kim udawać.

życie toczy się powoli, jak zwykle. W niedzielę pojechałem do odległego o 60 km miasteczka Tarabuco, gdzie działa coniedzielny targ, który ściągają ludzie ze najbliższych okolic, choć ciężko mi sobie wyobrazić, gdzie oni mieszkaja. Bo same to miasteczko wydaje się być takim zaułkiem wciśniętym w zagłębienie, gdzieś na wyżynach (Altoplano 3300 mnpm).
large_tarabuco.jpg
20191222_120049.jpg
large_targ1.jpglarge_targ.jpg

Czytając moją poprzednią relację (dotyczy i tego dojazdu do Tarebuco), ktoś mógłby się zdziwić że piszę o dojechaniu do dworca autobusowego, jakby to był jakiś problem.
Cóż za problem z dojechaniem. Pójść na najbliższy przystanek, przeczytać rozkład jazdy i gotowe. Ale nie, ale nie,...Tu tak nie działa.
Po pierwsze nie ma przystanków i nie ma rozkładów jazdy. Autobusy jeżdżą sobie znanymi trasami i zatrzymują się w każdym miejscu w którym ktoś chce wsiąść lub wysiąść (i to mi się bardzo podoba).
Po drugie z dworca autobusowego odjeżdżają autobusy rejsowe na długie trasy. Busiki lokalne odjeżdżają z różnych miejsc w mieście (o których wiedzą tylko miejscowi i to ci którzy jeżdżą).
Tak więc problem z dojechaniem - to dowiedzieć się gdzie jest ten punkt z którego odjeżdżają busiki, jakim autobusem dojechać i gdzie ten autobus jeździ.

Wysłane przez a.gogolewski 17:53 Kategoria Boliwia Komentarze (0)

I po Świetach

w drogę

Dzień Bożego Narodzenia. W kilku punktach w mieście otworzono punkty, w których wydawano jedzenie (miseczka ryżu+kartofel+kawałeczek mięsa), albo ubrania, albo jakieś drobiazgi dla dzieci. Teraz łatwiej zrozumieć, dlaczego nie wydaje się pieniędzy na świecidełka i ozdóbki.
large_33d002f0-28ea-11ea-aaac-4d88f74156ff.jpglarge_kolejka1.jpg

Trzeba samemu zobaczyć jak żyją inni, aby zastanowić się, jak nam się w głowach poprzewracało. Nie chcę wygłaszać jakiś frazesów, ale zanim kupimy kolejną (pewnie niepotrzebną) rzecz, może moment refleksji.

Zasiedziałem się w Sucre (choć jeszcze tu wrócę, bo tu na mnie czekają),
large_33959200-28ea-11ea-aaac-4d88f74156ff.jpg
large_dzieciaczki1.jpglarge_dzieciaczki2.jpg

Skończyły się Święta (moja kolacja wigilijna była skromna, ale z rybą ryba.jpg), więc jutro w drogę, na północ zahaczając o malutkie miasteczka i wioski.

Wysłane przez a.gogolewski 13:03 Kategoria Boliwia Komentarze (0)

Alquile

Kolejny kroczek do Alquile. Oczywiście najpierw trzeba odkryć, skąd mogą odjeżdżać busiki. Alquile, to jedno z takich miejsc gdzie rzadko zaglądają turyści. Położone w kotlince i otoczone ze wszystkich stron górami. Oczywiście ma plac (zacieniony) large_plac.jpg i duży targ. Ta prowincja to rolnicze i dzięki temu stale są tu różnorodne owoce (np. pierwszy raz w życiu piłem sok z tumbo. bazar.jpglarge_owoce.jpg
Alqui,e to takie miejsce, że z końca do końca mozna przejść w 15 min, odkrywając zapomnianą stację kolejowa, szpital, szkoły, rozgłośnie radiową i pasące się zwierzęta.large_osiolek.jpg. Sądząc po ilości dziurek podobnych do tej
chicha.jpg, to musi być nie lada atrakcja. Ale jakoś nie skusił mnie ten bimber (a może wygląd spelunek).
Miasteczko nazywane jest stolicą Boliwii charango, czyli rodzaj gitar.large_gitara_sklep.jpggitara.jpg

Patrząc jak wygląda krajobraz Boliwii (tutaj,large_krajobraz.jpg bo na dole trochę Amazonii) to łatwo można zrozumieć, dlaczego jest stosunkowo mało dróg (a pociąg to tylko wspomnienia przeszłości).
Drogi są płatne(choć nie autostrady). A tu przejeżdżamy przez bramkę.bramka.jpg

Wysłane przez a.gogolewski 13:57 Kategoria Boliwia Komentarze (0)

Cochabamba

Pada, więc jest to dobry czas na przemieszczenie się. Opuszczam kolejne małe miasteczka i przeskakuje do Cochabamby. Dopiero na trasie uświadomiłem sobie, że deszcz (i miejscami mgła), tak jak i poprzednio podwójna ciągła, zakręty co 50 m nie stanowią przeszkody w wyprzedzaniu.
Im bliżej celu, tym teren bardziej się wypłaszcza, coraz więcej domów, osad, pastwisk (z krowami!) i pól uprawnych
Dojechaliśmy. Uff.
Cochabamba jest stolicą regionu (Cercado), żyznego obszaru położonego na altoplano (2500mnpm).
Dość duże miasto, z postkolonialnym centrum, czyli rynek w jednym rogu katedra,
large_katedra1.jpg
naokoło eleganckie domu z podcieniami. large_podcienie.jpg

Na rynku oczywiście mnóstwo ludzi, gołębie, large_golebie.jpgpucybuci. large_czyscibuci.jpgBardzo trudno byłoby na podstawie tych zdjęć zgadnąć gdzie to jest. No, może pomnik kondora zawęża podejrzenia do Peru i Boliwii.large_kondor.jpg
Dalej pada, w takim razie wyprawa do wód termalnych. I niby to jest niedaleko, bo jakieś 30 km, ale jest to wyprawa. Tak jak już z dwa razy opisywałem trzeba sporo odkryć. Transport publiczny to istny horror zamiejscowych. Nie ma autobusów, tylko takie busiki i jest ich setki. Jadą praktycznie jeden za drugim (tylko gdzie?). Co prawda na szybce mają jakieś nazwy, ale jest to mieszanka nazw ulic, miejsc i miejscowości (a mnie i tak nic to nie mówi). Z opisów wiem, że termy są w miejscu co nazywa się Liriuni, ale nie ma stąd połączenia. Dowiaduję się, że trzeba najpierw złapać busik do Quillacollo (i dojść do miejsca skąd te busiki odjeżdżają) i stamtąd to już rzut beretem. Wszystko proste, tylko cały czas się zastanawiam, dlaczego w takich małych miejscowościach (jak Quillacollo) busiki nie mogą odjeżdżać w różne strony z tego samego miejsca. Znowu trzeba się pytać skąd wyruszają do Liriuni.
Termy znajdują się w górach large_termy.jpg large_termy_otoczenie.jpg i jest tam odkryty basen large_termy1.jpg, ale są także kabiny indywidualne wypożyczana na 1/2 lub godz., tzn. sale w których są małe baseniki i po każdym gościu spuszczana jest woda i nalewana nowa. Niby genialne, ale jak zacząłem wchodzić do wrzątku (nie pamiętam, abym był w takich goracych wodach) i zakręciło mi się w głowie to uświadomiłem sobie, że nie ma tu żadnych dzwonków i gdybym tutaj zasłabł, to wyłowią mnie po godzinie.

Trochę petard w nocy i mamy nowy rok. Pierwszy dzień nowego roku okazał się na tyle łaskawy, że nie pada i nie ma słońca, a miasto jak wymarłe. Świetne warunki aby trochę się powłóczyć. Między innymi zaniosło mnie na cmentarz (olbrzymi), ale "ludzki", nie ma rozdęcia i przepychu. Kącik zasłużonych przedstawia postacie a nie megakaplice large_e203ab80-2dc5-11ea-8f29-29fd2a69cf9e.jpg. Opisywałem już cmentarze w kilku miejscach (m.in. w Sucre i Buenos Aires) i nie będę się powtarzał. Jedyne co dodam (widziałem ich uż wcześniej, ale jakoś sobie nie uświadomiłem) to istnienie "modlitewników"modlitewnicy.jpg, czyli osoby siedzące cały dzień (chyba) na cmentarzu i przyjmujący zlecenie odmawiania zdrowasiek, albo wieczny odpoczynek daj .... i potem recytują te modlitwy w kółko (zlecenie obejmuje chyba także czas modlitw).
I jeszcze jedna ciekawostka. Zatrzęsienie zakładów fryzjerskich (a raczej salonów). Na odcinku 2-3 przecznic koło 80 salonów (same, nic innego nie ma) i to takich po 8 - 12 fotelów.

Trudno mi podsumować pobyt w Cochabambie. Centrum nie jest brzydkie, miasto żyje (olbrzymia część miast to bazar) ale nic do mnie nie przemówiło.

Wysłane przez a.gogolewski 17:32 Kategoria Boliwia Komentarze (0)

La Paz

large_b44aad70-2e91-11ea-af79-f769026d7cc8.jpg
Wieczorem przygotowałem się (poczytałem w Internecie) do wyjazdu do Parku Narodowego Toro toro. Dojechałem na miejsce startu busików, ale wracający miejscowi poradzili mi, że jak mogę to abym pojechał w innym okresie jak nie będzie padało i będzie trochę mniej błota. Uwierzyłem, ale co teraz. Na prawdziwy dworzec autobusowy i bilet do La Paz (administracyjna stolica Boliwii). Tak jak sobie obiecałem, odpuściłem jazdę szaleńczymi busikami i jak się okazało coś za coś. Zyskałem komfort (miękkie rozkładane fotele, miejsce na nogi, video) i bezpieczeństwo jazdy, ale 320 km. jechaliśmy ponad 8 godz (z 1/2 godz. przerwą na obiad). A busiki obiecywały (co potwierdzali jadący) 4-4.5 godz.
Pierwsze 3 godz. kręcenie się po górach, a potem jak wjechaliśmy na altoplano, jak po płaskim stole.large_altplan.jpg
Wjazd do La Paz jest niesamowity. Aby lepiej wytłumaczyć dlaczego, trzeba zrozumieć, że La Paz położone jest we wnętrzu krateru (właśnie sprawdziłem, że we wnętrzu kanionu rzeki Choqueyapu - rzeczywiście z jednej kolejki widać rzeczkę).b7af8350-2e91-11ea-af79-f769026d7cc8.jpgna średniej wysokości 3650 mnpm (i jest najwyżej położona stolica na świecie). Ta średnia wysokość jest mocno myląca, bo miasto leży między 3200 a 4100. A ponieważ ceny nieruchomości zależą od wysokości (im niżej tym drożej) to oczywiste jest że wszyscy biedniejsi mieszkają na samej górze, na zewnątrz kanionu. I to co na górze zostało wyodrębnione jako osobne miasto El Alto, które ma więcej mieszkańców niż La Paz.
large_abb4a620-2e91-11ea-af79-f769026d7cc8.jpg (widok z kolejki)
Wracamy do jazdy. Najpierw autobus przedziera się przez El Alto. W pewnym momencie widać tylko wielką pustkę, zarys olbrzymiej dziury w ziemi, a potem zaczynamy zjeżdżać w dół i ukazuje się cudowna panorama, cała ta dziura to zabudowane stoki. Wydaje się, że do La Paz prowadzi tylko jrdna droga w dół, tak więc w okresie niepokojów i zamieszek w El Alto często dochodzi do protestów i blokad dróg. W tym wypadku wystarczy zablokować tę jedną drogę, aby odciąć komunikacyjnie La Paz od świata.
Miasto otoczone jest górami, kilka szczytów pokryte śniegiem powyżej 6000mnpm.

Dzisiaj po raz pierwszy jadłem mięso z lamy. Na moje usprawiedliwienie mam to, że nie wiedziałem. Zamówiłem danie typowe dla okolicy ...... Smaczne: ziarna kukurydzy (ale białej), pokryte wiórkami suszonego/wędzonego mięsa. Bardzo smaczne, więc na odchodnym zapytałem się jakie to było mięso - lama.

Jedną z atrakcji w La Paz są linie (10) kolejki (napowietrzne metro). Można objechać miast naokoło i kilka linii schodzi do środka. Trochę się najeździłem, bo chodzić prawie się nie da (cały czas albo w górę, albo w dół). large_b1eebc10-2e91-11ea-af79-f769026d7cc8.jpg
Zwiedzanie miasta sobie darowałem, bo już kiedyś tu byłem1.

Jednak odczuwam wysokość. Obudziłem się w środku pierwszej nocy ze nabrzmiałymi dziąsłami?! (oczywiście liście koki). Chodzę jak staruszek, noga za nogą i co jakiś czas przystanek. A co gorsza straciłem apetyt. Chyba w dalszą drogę.

1 Byliśmy w La Paz z Bożeną przy okazji podróży po Peru. I ta podróż nierozłącznie łączy się z p. Marią Kralewską i jej biurem podróży. Byliśmy z Bożeną w Peru ho,ho kilkanaście lat temu, nie mówiłem po hiszpańsku i biuro pani Marii, interaktywnie ułożyło nam podróż. Nie tylko ułożyło, ale wszystko dopięło na ostatni guzik. Podróżowaliśmy normalnymi autobusami, ale po dojeździe do kolejnej miejscowości ktoś na nas czekał, zawoził nas do hotelu, potem zazwyczaj była lokalna jedno lub kilkudniowa wycieczka po najciekawszych miejscach i na końcu takiego mini pobytu odwożono nas na dworzec autobusowy i pilnowano, abyśmy wsiedli do właściwego autobusu. W ten sposób zwiedziliśmy całe południowe Peru. Wszystko jak po sznurku. Polecam wszystkim którzy chcą mieć pobyt zorganizowany.
I Pani Mario, jeśli być może czyta (będzie czytała) Pani moje relacje to serdecznie pozdrawiam.

Wysłane przez a.gogolewski 12:15 Kategoria Boliwia Komentarze (0)

(Wpisy 1 - 12 z 22) Strona [1] 2 »